teraz jak sie namysle to rzeczywiscie kojarze. przedszkole, ursynow, rok 1995. ja, ona, truskawkowe lody o smaku wanilii i banda huliganow, ktorzy zaczeli rzucac we mnie kamieniami jak tylko zobaczyli moje krotkie rozowe spodnie zalozone dumnie do blekitnej koszuli. krotko mowiac nie zrobilem na nich wrazenia o ile mozna mowic w ich wypadku o opcji robienia czegokolwiek. generalnie ta koszula, te spodnie czy te lody nie spodobaly im sie specjalnie. jezeli moge mowic o moich odczuciach to mi nie spodobaly sie te rzucane kamienie, szczegolnie te, ktore we mnie jednak trafialy, ale jak kazdy 12 latek w takiej sytuacji bylem twardy. dalej siedzialem obok niej i jadlem loda. znaczy razem jedlismy te swietne lody dokladnie do momentu gdy ona nie dostala jednym z kamieni w glowe po czym malowniczo nie zaliczyla drugiego kamienia, tego wiekszego, na ktorym siedzielismy druga strona czaszki tworzac sytuacje nienegocjowalna. jako, ze szkarlatno-czerwona krew obryzgujaca moje rozowe spodnie nie zmienila ich koloru na tyle zeby huligani przestali we mnie rzucac kamieniami to jakby na to nie patrzec nadszedl czas spierdalac. nie pytajac nawet mojej drogiej kolezanki lezacej niczym moja prywatna muza pod kamieniem o to jak sie czuje po prostu zalozylem, ze nie zyje i spierdolilem.
spierdalam tak w moich szkarlatno- rozowych spodniach od tego czasu zdrowo. spierdalam przed komunizmem, spierdalam przed kapitalizmem. jednym slowem stoje w miejscu. kolezanka lezy pod kamieniem i wciaz sie usmiecha.